Dzień, jak każdy...
Choć może dla niektórych istotny. Święto Trzech Króli, początek roku 2024.
W moim życiu kolejnego roku, gdy przełom związany z zakańczaniem i początkiem nie jest już tak ekscytujący...
Od pewnego czasu istnieję niejako pomiędzy...
Światem, gdzie trzeba wstać, wyprowadzić psa, zawieźć córkę do szkoły lub pozwolić jej zostać w domu, bo znowu źle się czuje...
A tym, co nieustannie rośnie we mnie: ta przestrzeń w sercu, w ciele, w głowie i wokół.
Lubię tę moją prywatną schizofrenię.
Uwielbiam zapatrywać się w niebo i zachwycać porankami, bo jeszcze nie dotarłam do momentu, żeby wyjść przed świtem i powitać słońce. Zachodami tegoż, gdy każdego wieczora jest inne niebo, inne światło, inne powietrze...
Jestem niejako w zawieszeniu,
bo nie więzi mnie stała praca ani partner, bo wciąż poszukuję zajęcia, które jest łączeniem tego, co kocham robić, czyli wszelkie formy kontaktu, relacji z ludźmi i zarabianiem pieniędzy. Jedne prace się kończą, drugie zaczynają lub nie...
Właśnie jestem w drugim miesiącu takiego zawieszenia i wciąż zaskakująco Wszechświat troszczy się o mnie. Żebym mogła kupić jedzenie, paliwo, czy opłacić mieszkanie, pieniądze pojawiają się i mam tyle, ile w danym momencie potrzebuję.
Ćwiczę się w postrzeganiu wszystkiego na nowo.
By mój wewnętrzny algorytm nieustannie restartował się i obliczał. Bym namacalnie, pomimo niektórych stałych, jak to, że pies musi wyjść przynajmniej trzy razy dziennie, czuła świeżość wszystkiego, co wokół mnie i we mnie.
Od 2018 roku obserwuję ludzi, którzy przychodzą do mnie na zajęcia jogi. Obserwuję też moje reakcje i relacje z nimi. Stało się już moim nawykiem, że gdy zamykam oczy, jestem od razu w ciszy, wewnętrznym kosmosie, w którym niekiedy spokój zakłócają rozpaczliwie wyświetlane przez osamotniony umysł filmy. Te zdania, obrazy, poczucia, które próbują wedrzeć się i wypełnić Uniwersum.
Czy wiem, co znaczy to słowo? Czy po prostu automatycznie użyłam go teraz, by uatrakcyjnić przekaz?
Moje zainteresowanie astrologią, huną, i-ching, feng shui, rozwojem duchowym, wreszcie jogą i czystą energią, bo czymże jesteśmy, jeśli nie zbiorem fotonów, informacją?
A więc to wszystko było od zawsze.
I kiedy moje ciało i serce komunikuje się z przychodzącymi na jogę, moje ciało przetwarza ich potrzeby, lęki, bóle, pragnienia. Dlatego nigdy nie układam jakoś specjalnie zajęć.
Dlatego dałam temu nazwę: joga intuicyjna.
I podczas zajęć, gdy tylko czuję, że tak trzeba, płynie też przekaz od serca do serca. Słowa układają się same, kiedy odbieram nie tylko oczami, współodczuwaniem, dostrzeganiem blokad na poziomie fizycznym i uczuć. Tego przekazu też nie układam, po prostu przepływa, przetwarza się w słowa, w natężenie mojej energii oraz miłości bezwarunkowej.
Często widzę te istoty pierwszy raz, więc bezwarunkowo miłuję pierwotną czystość ich obecności.
Dlaczego często?
To ciekawe, że znalazłam sobie niszę, w której oprócz miejsca i pór roku wszystko zmienia się. Zajęcia prowadzę w hotelach i ośrodkach wypoczynkowych nad morzem... A więc to goście hotelowi, przelewający się przez moją salę, korytarze, pokoje, łóżka... Wchodząc do miejsca, gdzie mają odbyć się kolejne zajęcia, niejako czuję wszystkie piętra, wszystkie pokoje, wszystkich ludzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz