Wraz z rozwojem mojej córki, która obecnie kończy ósmą klasę, ja dojrzewałam do roli mamy, doświadczałam odpowiedzialności.
Teraz kończy się również mój, kolejny etap życia.
Zaskoczyła mnie ciąża w wieku czterdziestu lat. Nie spodziewałam się, że spotka mnie szczęście bycia mamą.
Ale też nigdy nie dążyłam do posiadania potomstwa, wręcz uciekałam od tej odpowiedzialności, jaką jest rodzina. Wydawało mi się, że nie będę w stanie zapewnić bezpieczeństwa, stabilizacji czy zdrowia maleństwu, bo moje życie było wciąż na krawędzi.
Córka zabrała mi wiele, by dać mi WSZYSTKO.
Nie jestem w stanie opisać, jak bardzo ją kocham.
W tym tyglu uczuć mieszają się przekonania płynące z mojego dzieciństwa i młodości, że nikt mi nie pomoże i muszę radzić sobie sama.
Parentyfikacja od siódmego roku życia odcisnęła piętno, które, gdy włącza się program, próbuję przekazać córce. "Bądź twarda, masz już prawie 14 lat. Ja w twoim wieku..." Ale też mój naturalny, bo wynikający z doświadczenia program usługiwania i wyręczania dziecka, sposób na wyrażanie troski powoduje jej zagubienie...
Bardzo wcześnie zaczęłam przejmować obowiązki chorej na schizofrenię mamy. Moje wspomnienia z obierania ziemniaków, tarcia na placki czy zmywania naczyń, albo odkurzania lokuję gdzieś pomiędzy ósmym a dziewiątym rokiem życia. Wtedy zabrakło mojego o siedem lat starszego brata, którego ojciec wysłał do szkoły z internatem... Do miasta z tramwajami... Do Wrocławia.
Ja zyskałam kondycję, świetny najszerszy i mięśnie grzbietu oraz silne przedramiona, tak chwalone przez mojego trenera na siłowni, bo to najczęściej ja nosiłam wiadra z węglem z piwnicy na pierwsze piętro i robiłam pranie, wyciskając pościel i pomniejsze ubrania w rękach. Mieliśmy dłuuugo pralkę Franię.
W niewielkim odstępie czasu straciłam dwie ukochane osoby: mamę i brata. Pozostałam z chorą, ciągle leżącą w łóżku mamą w jednym pokoju i surowym, saturnicznym ojcem, który nie miał pojęcia, jak się wychowuje dziecko, a tym bardziej córkę.
Tak. To prawda. Nigdy nie miałam swojej przestrzeni, swojej prywatności. Zawsze z kimś...
Ze wszystkich sił knebluję ojca we mnie, by moja córka była szczęśliwa.
Widziałam go w sobie, w moim zachowaniu w trakcie studiów na Akademii Sztuki (dawna PWST) we Wrocławiu.
Bywałam okrutna w słowie, w ocenie pozostających wokół mnie studentów. Odczuwałam przyjemność w uzewnętrznianiu poczucia humoru oraz poziomu intelektu. Pozbawiona empatii... Jak zapatrzona w siebie psychopatka...
Jeszcze po wielu latach docierały do mnie echa, że jestem żywo wspominana w szkole.
Dlatego tak bardzo cieszę się, gdy widzę i czuję, jak blisko emocjonalnie jest ze mną moje ukochane dziecko.
I choć na swój sposób ona płaci cenę za wolność, którą dawałam jej od małego, nie wyznaczając za bardzo granic, ale dbając o poczucie bezpieczeństwa. Wolność w wyrażaniu siebie i w poszukiwaniach tożsamości. Szanuję jej wybory i przede wszystkim wolność wypowiedzi, dyskusji, argumentów.
Efektem ubocznym jest jej poczucie samotności wśród rówieśników, z którymi nie ma o czym rozmawiać. Inny obszar zainteresowań, inne gatunki muzyczne. Zupełnie inny poziom odczuwania.
Ale jeśli ma się dzielić swoimi zasobami, to znajdzie grono równych sobie, równie ciekawych świata i otwartych.
Przerobiłam samotność w moim życiu, Wciąż przerabiam.
Da się przeżyć.